Sprawozdanie z wyjazdu szkoleniowego ZSS, dzień i noc pierwsza ;)
Pomijając godzinne spóźnienie jeśli chodzi o wyjazd wszystko zapowiada się jak najbardziej w porządku. Podróż evo-busem była faktycznie emocjonująca, humor psuło trochę 1,5 godzinne kwaterowanie, no ale...Ogólnie warunki dobre, jedzenie kiepskie, ale to akurat w moim przypadku tylko in plus ;) Generalnie nie ma na co narzekać.
Duże podziękowania dla nieczytającej tego bloga Moniki R. Bardzo miła dziewczyna, szkoda że zadeklarowana singielka, więc Iwono – nie musisz się niczego obawiać. W każdym razie spędziliśmy w swoim towarzystwie wczoraj prawie cały wieczór, załatwiła mi przeniesienie z pokoju 7 osobowego do 2 osobowego. Tak, zdecydowanie zasłużyła na swój osobisty akapit ;)
Noc była iście szalona. Najpierw evo-bombowy film instruktażowy dla nieobecnych na parlamencie, walka Alka A. z dzikiem ze ściany, która dla tego pierwszego skończyła się wizytą w szpitalu. Niezapomniane pojedynki z sekcją „do czegoś związanego z erazmusem” i komisją rewizyjną przy stole do ping-ponga. No i ten wieczór sam na sam z Moniką(przepraszam Iwona, pewnie skręca Cię w środku od samego czytania ;) ). Dodając do tego seksualne ekscesy mojego współlokatora dostajemy naprawdę mieszankę wybuchową. Oby więcej takich wyjazdów i więcej tak udanych wieczorów.
Heh, jutro okaże się czy chwilowe problemy to tylko wynik nieodpowiedniej diety i nadmiarowego w tym roku stresu, czy jednak coś poważniejszego. Zobaczymy, w sumie to jakoś specjalnie mnie to nie rusza, więc w zasadzie mogę stwierdzić że przyczyną nie jest obawa o stan mojego zdrowia.
Chyba dopada mnie jesienna melancholia bo ostatnio moja „samotność” osiąga poziom, który zaczyna męczyć nawet mnie. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że nie spotkam dziewczyny, która będzie „z mojego świata”. No bo z jednej strony mamy osoby wybitnie kochające innych jak I. Szczytem bezczelności było by stwierdzenie że ja choćby w połowie lubię tak ludzi jak ona. Ludzie jak M. A. czy P. dla których ważna jest szeroko pojęta kariera, którzy cieszą się pracą. Dla mnie praca zawsze była tylko źródłem pieniędzy do życia. Czy ludzie lubiący się dobrze pobawić, jak O. czy M. Wszyscy dobrze wiedzą jaka ze mnie „imprezowa bestia”. Słowem, ludzie choć z różnego powodu cieszący się życiem.
Mnie ostatnio cieszy coraz mniej. Coraz mniej rzeczy sprawia że mogę się zrelaksować. Brakuje mi z jednej strony tej jedynej, obok której zasnę i obudzę się szczęśliwy, a z drugiej strony brakuje ciszy i spokoju.
Zaczął się gorący okres wyborczy. O dziwo, ja – człowiek na max’a antyspołeczny zgłosił się na ochotnika do komisji wyborczej. Nie dość że to praca dość nudna, monotonna i w dodatku odpowiedzialna to nie ma z niej specjalnych profitów. To chyba znak tego że nareszcie dorastam.
Pamiętam, jak by to było wczoraj, jak zerwałem się z odpowiedzi u dziekana K. i pojechałem z O. po prezent dla I. Pamiętam jak pocałowałem ją w szyję, jak poszliśmy na deser do Grycana. Pamiętam, jak pierwszy raz pocałowałem ją u mnie, jak słuchaliśmy Anny Marii Jopek i jak dzwoniłem potem do P. uchachany jak mały dzieciak. Pamiętam jak przyniosłem jej kiedyś kwiaty, a ona skakała z radości i krzyczała „chwasty, chwasty”. Pamiętam jak pierwszy raz zostałem u niej na noc i jak modliłem się by ta noc nigdy się nie skończyła. Pamiętam jak byłem szczęśliwy.
Zapamiętam każdą chwilę jaką będziemy mogli spędzić teraz razem. Nigdy nie będę mógł nazwać jej moją przyjaciółką. Ale jest dla mnie kimś równie ważnym i kimś absolutnie wyjątkowym. Kimś na kogo umiem być wściekły, ale nie umiem się gniewać. Kimś, komu nie umiem czasami wybaczyć drobnostek, a z drugiej strony umiem wybaczyć wszystko. Kimś, przez kogo z jednej strony jest mi smutno, a z drugiej jestem bardzo szczęśliwy.
Dorosłem, pamiętam tylko dobre chwile. I wszystko czego żałuję i za co chcę ją przeprosić, to mój brak klasy i moja własna głupota.
PS.
nigdy bym się nie spodziewał że wrzucę tu piosenkę Feel'a. Świat potrafi mnie cały czas zaskoczyć.
Długo nic nie pisałem, miałem zmieniać adres i tematykę, w ogóle miałem zmieniać w swoim życiu dużo rzeczy. Dziwnym trafem, może to zrządzenie losu, nic ze zmian nie wyszło, a ja zaakceptowałem moje położenie i w sumie jestem z niego całkiem zadowolony. Nie znoszę jak inni mają rację, ale tym razem mieli…po raz kolejny.
Nadmiar nowych obowiązków, tych mniej lub bardziej merytorycznych, jak na razie nie wpłyną pozytywnie na moją pracowitość, ale na pewno poprawił moją samoocenę. W sumie to lubię być trochę ważnym, ale nie lubię stać w pierwszym szeregu. Nie chodzi mi wcale o odpowiedzialność, po prostu nie przepadam za byciem w centrum uwagi.
Mimo że mówię o tym wszem i wobec, to ten blog też jest dobrym miejscem żeby jasno powiedzieć że, „Bękarty Wojny” Quentina Tarantino to wg mnie film naprawdę wyjątkowy, ale bynajmniej nie dla każdego. Nie ma tam specjalnej głębi, głębokiego moralizowania czy poruszania ważnych społecznie aspektów życia. Film to czysta rozrywka, ale rozrywka na naprawdę wysokim poziomie. Jeśli tak ma wyglądać sztuka masowa to w tym momencie mogą zamykać kina i teatry. Nie uronię ani jednej łzy.
Nie chcę wyjść na ignoranta, albo na poglądowego rasistę, ale nie do końca rozumiem ludzi, którzy mówią że film był beznadziejny, bo „T. robi sobie jaja z wojny”. Drodzy, ja tam żadnych jaj nie widziałem, w przenośni i dosłownie. Uważam że trzeba mieć do świata trochę dystansu. Wszystkim którzy tak myślą, polecam „Dzieci Ireny Sendelrowej”, film patetyczny do bólu, łechtający nasze poczucie dumy i uwielbienia dla głównej bohaterki tak że można go nazwać niekończącym się, patryjotycznym orgazmem.
Różnica między tymi filmami jest jednak taka jak seks w wieku 80 lat z nastolatką, albo ze swoją 80 letnią żoną. Niby i to i to fajne, ale w pierwszym przypadku nie można wyjść z podziwu kunsztu młodej damy, a w drugim człowiek ma wrażenie że kiedyś już to wszystko widział…
Well it's one thing to fall in love But another to make it last I thought that we were just beginning And now you say we're in the past Look me in the eye and tell me we are really through
You know it's one thing to say you love me but another to mean it from the heart And if you don't intend to see it through why did we ever start? I wanna hear you tell me you don't want my love
Put your hand on your heart and tell me it's all over I won't believe it till you put your hand on your heart and tell me that we're through Put your hand on your heart
They like to talk about for ever Most people never get the chance Do you wanna lose our love together Do you find a new romance I wanna hear you tell me you don't want my love
Put your hand on your heart and tell me it's all over I won't believe it till you put your hand on your heart and tell me that we're through Put your hand on your heart hand on your heart
Look me in the eye and tell me we are really th rough
Dawno już nic nie pisałem, trochę się zaniedbałem, ale chyba czas w końcu odnieść się do paru spraw.
Wyjazd do Pragi ciężko rozpatrywać w kategoriach sukcesu, czy porażki. Myślę że nie była to najmądrzejsza decyzja w moim życiu. Nie zachowywałem się tam tak jak powinienem i wyniknęło z tego kilka nieprzyjemnych momentów. Nie chcę mówić że czuję się winny, to nic nie zmieni.
Dużo w tym temacie zmieniła rozmowa z E. za co naprawdę szczerze jej dziękuję. Nie powiedziała mi nic, a dzięki tej rozmowie zrozumiałem tak wiele. Nikomu z nas nie jest łatwo, a ja nie chcąc pogodzić się czy nie rozumiejąc jej decyzji byłem tak naprawdę strasznym egoistą. Zachowywałem się jak dzieciak i jest mi za to strasznie wstyd. Trzeba umieć przegrywać i znosić porażki z honorem. Zresztą, życie wszystko weryfikuje. Złożyło się tak, że mamy teraz mniejszy kontakt, głównie z powodów „technicznych”. Sytuacja która wszystko weryfikuje. Jeżeli nie zatęskni to znaczy że wszystko co miałem w głowie nie miało sensu.
Wiem, że nie jestem gotów na kolejny związek teraz. Są dziewczyny z którymi był bym w stanie spróbować zbudować jakąś relację, ale myślę że albo nie była by do końca szczera z mojej strony, albo są to osoby na tyle mi bliskie, że nie chcę w ten sposób ryzykować naszej znajomości, a może nawet przyjaźni.
Wszystko przychodzi za szybko. Niestety, wiem, że następna będzie musiał mieć do mnie dużo cierpliwości i naprawdę będzie musiała mnie mocno kochać żeby znowu zrobić ze mnie „człowieka”.
M. (brat cioteczny) już po operacji, daj Boże, ostatniej – wracaj do zdrowia!! Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, chociaż początki były nienajlepsze.
Szanuję cenną rade M. że warto pisać wszystko o wszystkich. Skłamałem, mówiąc że brakuje mi odwagi. Dorosłość wg mnie polega na tym, że nie można być zawsze do końca szczerym. Życie w społeczeństwie wymaga od nas dostosowywania się do innych, z którymi np pracujemy. Otaczamy się zaś tymi na których nam najbardziej zależy, wobec których nie musimy zakładać masek.
Na koniec melodia od I. którą ostatnio rozpracowuję na pianinie. Film był kiepski, melodia…uważam że intrygująca. Pamiętam z kim byłem wtedy w kinie…i chyba wiem, dlaczego to nie melodia utkwiła mi z tamtego dnia w pamięci…
Musiałem przejechać 600 km żeby zrozumieć pewne rzeczy. Z jednej strony był to całkiem udany wyjazd. Po jednej z gorszych kłótni mojego życia mam wrażenie że wszystko idzie w dobrą stronę i wraca w kierunku normalności. Miałem wrażenie że taka rozmowa była tylko kwestią czasu. Czasu którego ostatnio dla siebie nie mieliśmy. Nie wszystko nadaje się do powiedzenia przez telefon/internet.
Z drugiej strony wyjazd był wyjazdem bardzo złym. Definitywne „nie” nie było tym czego się nie spodziewałem, ale na pewno było tym czego nie chciałem usłyszeć.
To nie jest tak, że jechałem tam z jakąś nadzieją, że liczyłem na „coś”, znak, gest, cokolwiek. Pojechałem tam po normalność, żeby zobaczyć jak mogę sobie ułożyć stosunki z nią, ale „bez niej”. Dlatego nie umiałem odpowiedzieć na wszystkie pytania…
Było mi bardzo smutno, czułem się naprawdę źle, jak musiałem tam zasnąć, kiedy była tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Kto oglądał „instynkt” ten zrozumie, jak to jest być blisko tego czego najbardziej się pragnie, a jednocześnie poddać się i przestać o to walczyć. Podłe uczucie.
Strasznie się boję, że nasze relacje nigdy się nie ułożą. I nie stanie się to tylko z mojej winy. Wiem, że „nie” też wynikało z mojej postawy, z tego jaki jestem teraz. A ja teraz naprawdę czuję się okropnie, żyję z poczuciem, że w najważniejszym momencie mojego życia, kiedy szczęście było dla mnie tak blisko nie potrafiłem dać z siebie tyle ile trzeba. Że byłem za słaby, za kiepski, za mało wartościowy żeby zatrzymać ją przy mnie, dać jej szczęście, sprawić żeby była szczęśliwa i żeby ja dzięki temu też był już zawsze szczęśliwy.
Boję się jeszcze że chyba prowadzi to do tego, że będziemy musieli w końcu zerwać nasze relacje. To jak wyglądają nasze stosunki wynika trochę z tego, że…jak układa nam się dobrze, jak się uśmiechamy, to ja ciągle chcę więcej. Kocham ją i ciężko mi postawić granicę w naszej znajomości, czy to na stopie czysto koleżeńskiej, czy nawet przyjacielskiej. Wiem, że nie mam do takiego zachowania prawa i wydaje mi się to wobec niej bardzo nieuczciwe.
Znowu pojechała, a…a ja znowu tęsknię. Tęsknię bardzo za taką O. jaką znam teraz, mimo że cały czas się kłócimy, nie możemy się dogadać. Nie umiem znaleźć słów jak bardzo tęsknię za O. z czasów kiedy byliśmy razem.
Sygnały jakie do mnie docierają jasno dają do zrozumienia, że zdecydowana większość jest już znudzona poruszonym tutaj tematem i generalnie tematyką utrzymaną w kontekście mojego narzekania, użalania się nad sobą itp. Rozumiem, szanuję, a że idąc za starą maksymą „vox populi vox Dei”, przychodzi nieuchronnie czas na zmiany.
Chciałbym zamknąć tamten temat jakąś mądrą myślą, ale chwilowo nie wiem co o tym wszystkim myśleć i chyba na razie odłożę ten ostatni wpis. Poczekam na lepszą okazję i na moment, w którym będę umiał spojrzeć na to bez żadnych, tych dobrych i (niestety) tych złych emocji.
Pierwszy wpis w nowej rzeczywistości…hmm…zacznę od kapitalnie wakacyjnej piosenki pana G. w aranżacji pana T. Taka do poleżenia pod gruszą, w piękne lipcowe popołudnie. Od samego słuchania mijają wszystkie kłopoty, a świat wydaje się jakby lżejszy, lepszy. Z jaką muzyką chciałbym być kojarzony?? Właśnie z T. i z C. Dla mnie to muzyka magiczna, dla marzycieli…a ja znowu chciałbym zacząć marzyć…
Obiecałem A. inny tekst, ale postaram się to nadrobić jutro, ciągle nad nim pracuję, mam nadzieję że nie będziesz zawiedziona i przestaniesz mówić że tylko tutaj narzekam…;)
Kiedy jesteś taka bliska Świata nie ma, czasu nie ma Mnie nie ma
Kiedy jesteś taka bliska Świata nie ma, czasu nie ma Mnie nie ma
Ostatnio K. pochwaliła mnie za blog i powiedziała, że mam „lekkie pióro, a raczej lekką klawiaturę”. Strasznie to było miłe. Ja nigdy nie potrafię być z siebie zadowolony. Naprawdę, ciężko policzyć rzeczy, kolokwia, różne sprawy, które robiłem/pisałem/załatwiałem, a z efektów których byłbym naprawdę dumny.
Powraca dyskusja o układaniu sobie życia, o poprawie nastroju i „wyleczeniu się”. „Drodzy czytający”, wg mnie, nie można się odkochać, czemu myślę dałem wyraz w kilku wcześniejszych postach. To nie jest tak, że miłość mija. To znaczy że to nie była miłość. To że jest mi ostatnio lepiej, to nie znaczy że mi przechodzi. Oznacza to mniej więcej tyle, że uczę się z tym żyć i akceptować tę sytuację.
Człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do różnych rzeczy. Do zapachów podobno wystarcza 30 minut, do niektórych ludzkich zachowań nie przyzwyczaimy się przez całe życie.
Nie można być samemu w życiu. Człowiek jest wtedy taki niekompletny. Nie ma się do kogo przytulić, dla kogo kupić kwiaty, z kim wyjechać na wakacje czy pójść po prostu na obiad. Z drugiej strony, taki stan pozwala próbować, często być z kimś ale tak naprawdę przechodzić przez te związki obojętnie, zaspokajając tylko swoje chwilowe potrzeby. Nie chcę próbować, bo myślę że byłoby to nieuczciwe. Szukałem w życiu czegoś wyjątkowego. To co znalazłem okazało się strasznie nieuchwytne, ale porażająco piękne. Nie jestem specjalnie miłośnikiem poezji. Poezja, jak życie w pojedynkę, staje się dopiero kompletna po dodaniu muzyki…